Używałem Leiki M10 od 8 miesięcy. Jak się sprawowała klasyczna konstrukcja z Wetzlar?

Minął rok od premiery czwartej wersji legendarnej Leiki M w wersji cyfrowej. Marka z Wetzlar ma wielu fanów, jest też zapewne jedną z najbardziej hejtowanych w świecie fotografii. Jak wypada M10 po ośmiu miesiącach pracy?

M jak Messsucher

Od 1954 r, kiedy wprowadzono na rynek pierwszą M-kę, wiele słynnych fotografii, które oglądamy w albumach, powstała właśnie przy użyciu dalmierzy produkowanych w Wetzlar niedaleko Frankfurtu nad Menem. 
Co zatem sprawiało, że tylu wielkich fotografów wybierało właśnie ten sprzęt? Niewielkie gabaryty, małe, piekielnie dobrej jakości obiektywy oraz wysoka jakość wykonania. Nie bez znaczenia pozostaje umieszczony z boku wizjer, który pozwala widzieć jednym okiem kadr, drugim obserwować, co dzieje się poza nim. Z uwagi na fakt, że to dalmierz (niem. Messsucher), wizjer nigdy nie zaciemnia się jak ma to miejsce w lustrzankach.

Era cyfrowa 

Firma Leica długo zwlekała z wprowadzeniem aparatów cyfrowych na rynek. W Wetzlar twierdzono, że matryca cyfrowa to chwilowa moda. Dopiero w 2006 roku, kiedy wiele marek japońskich myślało o całkowitym wycofaniu się z aparatów analogowych, Leica wprowadziła model M8. Niezbyt udany, bardzo wolny i szumiący powyżej ISO400 jak zardzewiała rura. Dopiero M9 odniosła sukces. Wciąż chwalona kolorystyka zdjęć i charakterystyka tego modelu sprawia, że dziewiątki cały czas trzymają wysoką cenę na e-bayu.  Kolejny model zwany M (typ240) nie cieszył się aż tak dużym powodzeniem. Pomimo że technologicznie mocno wyprzedził poprzednika, to fotografowie nie polubili go tak bardzo, jak M9. M10 została wprowadzona na dziesięciolecie cyfrowej M-ki. Twórcy aparatu wysłuchali profesjonalistów. Postanowili popracować nad gabarytami, ergonomią i rozpiętością tonalną, z którą kłopoty miała M (typ 240). Przez  ostatnie osiem miesięcy M10-tka towarzyszyła mi prawie wszędzie. Pracowała jako sprzęt do architektury, streetu, portretu, a nawet mody. Zabierałem ją także na wakacje. 

Budowa

Na pierwszy rzut oka M10 niewiele różni się od wszystkich jej poprzedników. Wyglądem i gabarytami najbardziej przypomina analogowy model M7. Taka była prośba fotografów związanych z marką. Zatem w porównaniu do modelu M (typ 240,) aparat jest odrobinę mniejszy i lżejszy. Nadal jednak każdy, kto pierwszy raz chwyta M-kę, nie może się nadziwić, dlaczego to jest takie ciężkie. Waga w znacznej mierze wynika z bardzo wysokiej jakości użytych materiałów. Mosiężna góra i dół aparatu, oraz bardzo solidnie zbudowany korpus, pięknie wykończony skórą i pomalowany na czarno lub srebrno. 
W środku pracuje 24Mpx sensor CMOS, którego producenta Leica nie zdradza. Podobno kilka firm jest odpowiedzialnych za produkcję poszczególnych jego elementów. Każdy aparat w fazie składania ma ręcznie regulowaną matrycę. Jej charakterystyka i kolorystyka jest upodobniona do modelu M9. Jak twierdzą twórcy, wszystko można zmienić po swojemu w obróbce, jednak zamysł był taki, by kolorystyka M10 była charakterystyczna.
Zdjęcia wyjściowo mają kolory przypominające odrobinę erę analogową. Delikatny kremowo-zielonkawy zafarb bardzo ładnie wygląda. Choć można go zdjąć kilkoma kliknięciami w LR.

Zobacz również: Fotoblogia.pl - największy blog o fotografii w Polsce

Ergonomia

Leica M od zawsze kojarzyła się z maksymalną prostotą. W M9 i M (240) menu wydawało się być dość przejrzyste. Jednak część funkcji aparatu, takich jak ISO, podobnie jak w większości aparatów dostępnych na rynku, była dostępna z poziomu ekranu tylnego. W M10 powrócono do korzeni. Czas, przysłona oraz wartość ISO mogą być predefiniowane. Nie ma potrzeby włączenia ani pobudzenia aparatu do działania, by ustawić te funkcje. To ukłon w stronę streetowców i dokumentalistów. Przygotować parametry ekspozycji można w każdej chwili, bez konieczności wchodzenia do menu aparatu. Przyznam, że to niesamowicie usprawnia pracę na ulicy. 
Bardzo uproszczona została też przyciskologia. Na tylnej ściance aparatu dostępne są 3 przyciski, oraz wygodny joystick. Menu, w które wchodzimy na samym początku, to zdefiniowane przez użytkownika funkcje, dopiero na samym jego końcu mamy możliwość wejścia do wszystkich pozostałych opcji aparatu, z których korzystamy rzadziej. 
Jak wszystkie M-ki, aparat fantastycznie leży w rękach, mimo braku gripu czy innych superergonomicznych rozwiązań. To, co sprawdziło się przez ponad 100 lat budowy aparatów przez fabrykę w Wetzlar, pozostaje jedynie poprawione. 
Uproszczony został także przycisk spustu migawki. Pierścień odpowiedzialny za włączanie aparatu ma już jedynie funkcje on i off. Na prośbę użytkowników wycofano się z dwustopniowego włącznika, który uruchamiał pojedyncze lub seryjne zdjęcia. Teraz trzeba ustawić w menu, jak pracować ma aparat. M10 nie kręci filmów i to chyba dobrze, bo czynność ta była wykorzystywana przez bardzo niewielu użytkowników tego sprzętu. Z możliwości filmowania można korzystać we wszystkich pozostałych modelach marki Leica — SL, S, TL, Q. 

Praca aparatu

W stosunku do poprzednika M10 bardzo przyspieszyła. 5kl/s to dobry wynik, choć zapewne w porównaniu do japońskich konkurentów nie ma się czym chwalić. Jednak w dalmierzowej M bez autofocusa więcej nie jest potrzebne, a mało kto włączy tryb continuous shooting. Bardzo odczuwalna jest natomiast szybkość pracy aparatu w trybie Live View. Pomimo że aparat musi wykonać podwójną ilość cykli migawką do zrobienia zdjęcia z jednoczesną możliwością kadrowania z tylnego ekranu, nie ma wyraźnego zwolnienia pracy w porównaniu do klasycznej pracy z wizjerem optycznym. Taki kłopot występował w M (typ240). A zatem zapięcie nietypowych obiektywów, których pola widzenia ramka wizjera nie pokrywa, nie stanowi już większego problemu w pracy. 

Bateria

Odchudzenie aparatu spowodowało, że w stosunku do poprzednika zmalała bateria. Dalej jednak jest tak pojemna, że można zapomnieć o konieczności jej doładowywania przy kilkugodzinnej sesji. Podczas całodniowych zdjęć warto mieć już jednak zapasowy akumulator. 

Do czego go używałem

Pracowałem tym sprzętem podczas eventów, gdzie czułość musiałem windować do granic rozsądku. Fantastycznie radzi sobie do ISO 6400. Powyżej tej wartości zaczynają się nieprzyjemne szumy. Używałem go na ulicy, gdzie liczyła się szybkość przygotowania do zdjęć. Możliwość predefiniowania ustawień jest fantastyczną cechą. Od dawna się zastanawiałem, dlaczego większość producentów nie pozwala ustawić czułości z poziomu pokrętła. 
Wreszcie M10 stała się moim ulubionym sprzętem portretowym w świetle zastanym. Niesamowita plastyka obrazu wynikająca z obiektywów marki Leica, fantastyczna praca sensora w światłach i cieniach, z bardzo dobrą rozpiętością tonalną. Gabaryty aparatu oraz jego wygląd powodują, że fotografowi wolno więcej. Nie narzuca się z lustrzanką o obiektywach zbliżonych wielkością do lufy czołgowej, co pozwala nie łamać strefy komfortu modela. Z tego samego powodu łatwiej jest pracować Leiką na ulicy. Nie chcę jednoznacznie stwierdzać, że nie ma nic lepszego w małym obrazku. Wielu z Was może się ze mną nie zgadzać, dla niektórych brak AF czy dalmierz może być sprawą niewygodną. Jednak jak na to, co oferuje M10, w mojej opinii lepsze może być jedynie M11.

Optyka M, czyli legendarna jakość

Drogo? Piekielnie drogo! Obiektywy marki Leica są bardzo kosztowne. Posiadają jednak dwie zalety: ich jakość szkieł i pozostałych materiałów, z których są zbudowane, oraz niezawodność powodują, że obiektyw kupujemy praktycznie na zawsze.  Drugim elementem jest ich niesamowita plastyka. To, jak pięknie są nieostre i miękkie, oraz jak bardzo ostre są w miejscach w których naostrzymy powoduje, że osobiście nie spotkałem się z przyjemniej rysującymi szkłami.
Testowałem też szkła M zapięte do aparatu Sony a7 oraz Leica SL. Niestety, w obu przypadkach efekt nie był aż tak atrakcyjny dla oka. Nie znam się tak dobrze na fizyce, by to wyjaśnić, jednak wydaje mi się, że emkowe obiektywy powinny pracować z body M. 

model: Olek - Unique Agency Poland
mua: Agnieszka Pąchalska - Unique
model: Piotr - AS Management Cracow
mua: Monika Wróbel

Praca aparatem

Leica przez jednych jest kochana za wysoką jakość wykonania, wygodę pracy i najwyższej jakości obiektywy, przez innych znienawidzona za wysoką cenę i zbędny luksus. WIelokrotnie czytałem opinie, że to nie jest sprzęt dla fotografów, tylko bogatych bufonów, snobujących się na artystów. W każdej opinii pewnie jest odrobina prawdy. Zapewne znajdą się tacy, którzy kupią ją za czerwoną kropkę na obudowie. Sam producent nie kryje, że adresuje ten produkt także do kolekcjonerów i zamożniejszych amatorów. Moim zdaniem jednak Leica M to aparat kompletny, oczywiście w swoim zakresie. Na pewno nie jest sprzętem do wszystkiego. Brak AF spowoduje, że trudno będzie nim pracować przy zdjęciach sportowych, tym bardziej, że wizjer zbudowany jest do współpracy z umiarkowanie szerokimi i umiarkowanie wąskimi obiektywami. Dość kiepsko jest także z minimalną odległością ostrzenia. 35 i 50mm pozwalają naostrzyć od 70cm. Między bajki można już włożyć niedoskonałości w elektronice i oprogramowaniu, które trapiły pierwsze cyfrowe aparaty tego producenta. Zarówno pod względem oprogramowania, ergonomii pracy, jak i jakości wykonania, mamy do czynienia z urządzeniem bliskim ideału. 

Cena 

Niestety… Jakość kosztuje. 31000, które trzeba zapłacić za samo body, to teoretycznie dużo. Warto jednak zwrócić uwagę, że większość producentów drastycznie podniosła ceny. Różnica między Leiką a Nikonem, Canonem, Sony czy Pentaxem nie jest już tak duża, jak to bywało w przeszłości. Za wydane pieniądze otrzymujemy bardzo udany produkt, który będzie trzymał cenę na rynku wtórnym.

Co mi się nie podoba

W komplecie z aparatem dostarczany jest skórzany, wygodny pasek. Jego wadą jest jednak brak możliwości regulacji. Leica M10 jest ciężka, a powieszona na szyi nieprzyjemnie się kołysze podczas chodzenia. Skrócenie paska powodowałoby, że wygodniej się ją nosi, ale niestety w przypadku oryginalnego paska jest to niemożliwe. Producent przewiduje wiele dodatków, które mają na celu poprawę ergonomii, łącznie z kaburą do noszenia aparatu. Nie do końca jednak wiadomo, która opcja się sprawdzi, a wszystko kosztuje sporo.

Podsumowanie

Leica M10 to na pewno najlepsza cyfrowa M jak do tej pory. Świetna rozpiętość tonów, bardzo ładna wyjściowa kolorystyka zdjęć. Sprawna praca i ergonomiczna obsługa. To także kawał historii fotografii w dłoniach. Znana jest opinia fotografów, że magia M-ki powoduje, iż częściej mamy ochotę przykładać ją do oka i robić zdjęcia. Dla mnie M to także pięknie rysujące obiektywy, jakość i plastyka przypominająca średni format, przy bardzo niewielkich gabarytach. 
Trudno jest mówić o realnych wadach. Bardziej trzeba wspomnieć o ograniczeniach. Nie ma tu autofocusa, niedostępne do M-ki są też klasyczne zoomy. Jeśli kadrujesz przez wizjer, na zdjęciu otrzymasz odrobinę inny kadr. Trudno będzie tym sprzętem pracować przy zdjęciach sportowych, bo co prawda po pierścieniach redukcyjnych można zapiąć dużą część pozostałej optyki, produkowanej przez Leikę, ale chyba nie o to chodzi w tym modelu…. 
To świetny sprzęt dla dokumentalistów, streetowców, także dla portrecistów. Chciałbym jednak obalić mit, który często słyszę, że M10 to aparat jedynie na ulicę. Mnie się nim świetnie pracuje w studio. Fakt, trzeba brać poprawkę na różnicę w tym co widzisz w wizjerze, a co jest na zdjęciu, ale jeśli się do tego przyzwyczaisz, to plastyka zdjęć powstałych przy użyciu Leiki M10 wynagradza niedogodności:)

Podziel się:

Przeczytaj także:

Także w kategorii Testy:

MindShift rotation180° Horizon to plecak dla każdego outdoorowca. Czy daje radę w terenie? Sony A7 III, czyli podstawowa pełna klatka dla profesjonalistów - pierwsze wrażenia i zdjęcia przykładowe Dlaczego Leica Summicron-M 35 mm f/2 ASPH to wyjątkowe szkło? Fujifilm instax wide Monochrome – natychmiastowa czarnobiel w większym formacie Dwa dni z Fujifilm X-H1. Moje pierwsze wrażenia i zdjęcia przykładowe z Portugalii Paryskie klimaty czyli subiektywnie o Zeiss Batis 85 mm f/1.8 Jak w praktyce sprawdza się Venus Optics Laowa 60 mm f/2,8 Macro 2:1? Sony A7R III - król bezlusterkowców [test] Loupedeck - bądź jak DJ w Adobe Lightroom [wideotest] Panasonic Lumix GH5s – aparat dla filmowców, który chce być kochany GoPro HERO 6 - z pogodą pod górkę Olympus ED 17 mm f/1.2 PRO oraz 45 mm f/1.2 PRO czyli najnowsze, jasne stałki Olympusa w akcji WD My Cloud Home Duo - test nowoczesnej, domowej chmury dla każdego Olympus OM-D E-M10 Mark III - test nowego bezlusterkowca dla amatorów Wideotest nowych akcesoriów firmy Peak Design, która uzbierała już ponad 15 mln dolarów na Kickstarterze Zabrałem Fujifilm X-E3 w podróż po Europie. Mój subiektywny i praktyczny test Peak Design Everyday Sling – torba fotograficzna, którą nosisz tak, jak lubisz Olympus M.Zuiko Digital ED 12-100 mm f/4 IS PRO to mistrz! Test uniwersalnego obiektywu Instax Share SQ SP-3 - drukuje natychmiastowo w kwadracie i daje mnóstwo frajdy Sprawdziłem MeFoto Backpacker - tani, lekki i praktyczny statyw dla podróżników Quadralite A1 - recenzja małej lampy o dużych możliwościach Olympus M. Zuiko Digital 45 mm f/1.2 PRO - moje pierwsze zdjęcia przykładowe + wideo Canon EOS 6D Mark II - test następcy popopularnej pełnoklatkowej lustrzanki Loupedeck – zostań DJ-em w świecie fotografii. Test kontrolera do Lightrooma

Popularne w tym tygodniu:

"Górskie wyprawy fotograficzne" Karola Nienartowicza w naszych rękach WD My Passport Wireless SSD - szybki, automatyczny backup w każdym miejscu [wideotest] Mały aparat o dużych możliwościach - Panasonic Lumix DC-GX9 [recenzja] Węgiel tanieje! Test statywu Genesis C3 (plus Genesis A3 dla towarzystwa)