Subiektywny test aparatu Leica M-P (typ 240)

Dla jednych przedmiot pożądania, dla innych powód do drwin. Niemiecka marka, słynąca z bardzo precyzyjnych, ręcznie wykonywanych sprzętów fotograficznych  ma jednak wciąż swoich wyznawców, a duża część najsłynniejszych zdjęć świata powstała właśnie przy użyciu aparatów Leica serii M. Zastanówmy się jednak, czy w dzisiejszych czasach Leica M-Pnie jest już tylko gadżetem dla snobów?

Do testu wybrałem aktualnie najnowszy model Leica M-P 240. Wysoka jakość wykonania, design, dziedzictwo marki, ręczna robota i trwałość, to cechy które na mnie działają. Potrzeba posiadania jest u mnie łatwo wyrabiana przez reklamę. To jednak nie wystarcza, by mnie zadowolić. Jeśli już skuszę się na zakup urządzenia, a produkt nie będzie wystarczająco dobry, narasta we mnie frustracja i niechęć do marki, kłamstwa reklamowego, a nawet nieszczęsnego sprzedawcy produktu. 

Kiedy kilka lat temu dostałem do rąk pierwszy cyfrowy produkt serii Leica M, czyli model M8, miałem wrażenie, że coś się komuś pomyliło. Trzymałem w rękach wspaniale wyglądający i jeszcze lepiej wykonany aparat fotograficzny w połączeniu z najdroższą pięćdziesiątką świata, wówczas jeszcze o świetle f/1,  jakość obrazu jednak przypominała mi o pierwszych ogólnodostępnych cyfrówkach… Zapytałem wówczas sprzedawcy o gigantyczny szum cyfrowy powstający na zdjęciach już przy czułości ISO 800. Odpowiedział, że analog też miał ziarno… Pomyślałem, że tak zacnej firmie nie wypada oszukiwać klienta i porzuciłem na dłużej myśl o zaopatrzeniu się w M-kę. Wydawało się jednak, że producent z Wetzlar naładowany energią nowych szefów dość szybko poradził sobie z problemami ósemki. Leica M9 miała całkiem dobre recenzje, a o modelu M (typ 240) zaczęto pisać prawie w samych superlatywach.

Jaki jest powód zakupu Leiki M?

Profesjonaliści twierdzą, że posiadając Leikę z serii M otrzymują niezawodny, pancernie wykonany produkt i w praktyce nie są brani za profesjonalistów z wielkim, drogim sprzętem, co ma ułatwić im pracę w tzw. „centrum zdarzeń”. Wreszcie, dalmierz umożliwia większą kontrolę kadru podczas wyzwalania migawki (nie ma zaciemnienia obrazu w wizjerze, wywołanego podniesieniem lustra), a sam brak mechanizmu lustra ma zapewnić cichą pracę i znacznie mniejsze drgania. Dodatkowym, bardzo lubianym elementem jest wizjer dalmierza, który pozwala obserwować świat w trochę inny sposób, niż w przypadku lustrzanek, gdyż znajduje się w takim miejscu, że lewe oko nie jest zasłonięte. Nie patrzymy też przez obiektyw, kadr ograniczają podświetlane ramki, poza którymi też widać obraz. Łatwiej jest obserwować co się dzieje poza kadrem, a jednocześnie przewidzieć i zaplanować decydujący moment.
Zobaczcie co na ten temat mówi Joel Meyerovitz
[youtube]https://www.youtube.com/watch?v=Xumo7_JUeMo
[/youtube]

Budowa aparatu

W moje ręce trafiła najnowsza aktualnie Leica M-P 240 - to produkt prawie identyczny z klasyczną M 240. Pozbawiony został jednak czerwonej kropki i wzbogacony o dwukrotnie wyższy bufor pamięci, umożliwiający wykonanie większej ilości zdjęć w szybkich seriach. Nowością jest też bardzo praktyczne szafirowe szkło na tylnym ekranie. Korpus jest znacznie cięższy, niż wydaje się być na obrazku. Niektóre części aparatu wykonane są z mosiądzu. Wrażenia z trzymania M-ki przypominają mi trochę o Mercedesach, tzw. „beczkach", które często, mimo swoich 40 lat, dalej są ujeżdżane przez taksówkarzy, a część ich rozwiązań z powrotem trafia do najnowszych modeli tej marki. Leica M, mimo braku ergonomicznego gripu w standardzie, fantastycznie leży w rękach. Wielokrotne nagradzany za design produkt nie został istotnie zmieniony od bardzo wielu lat. To potwierdza wysoką ocenę budowy tego sprzętu.

Obsługa

Aparat nie jest wyposażony w zbyt dużą ilość przycisków. Obsługa jednak pozostaje bardzo domyślna i prosta. Menu aparatu pozbawione jest graficznych fajerwerków, nie ma zbyt wielu opcji ustawień. Wydaje się jednak, że znalazło się tam wszystko, co konieczne. Aparat wyposażony jest w osobny przycisk do ustawiania czułości. Istnieje też klawisz „set”, pod którym kryją się najpotrzebniejsze funkcje potrzebne do fotografowania. 

Zobacz również: Sony A77 Mark II - test

Praca

Wszystkim wiadomo, że Leica M to aparat, w którym ostrość ustawia się manualnie. To aktualnie rzadkość, wynikająca z archaiczności tego pomysłu. Wiele dedykowanych obiektywów wyposażonych jest w specjalny „dziubek” na pokrętle ostrości. Wkładając w niego palec możemy znacznie łatwiej operować pierścieniem. To pozwala na bardzo szybkie i precyzyjne nastawy. Przycisk spustu migawki, podobnie jak w większości aparatów, ma dwa położenia — płytsze i głębsze. Gdy wciśniemy spust do połowy, eskspozycja jest blokowana. To kolejna, bardzo przydatna funkcja Leiki M-P. Światło zatem możemy mierzyć w innym miejscu, ostrzyć w innym, wszystko przy użyciu jednego przycisku. Moim zdaniem pomysł ten zasługuje na medal. To wielkie uproszczenie obsługi, które sprawia, że szybciej możemy być gotowi do akcji. Ktoś powie — hola hola, w każdej lustrzance istnieje przycisk blokady ekspozycji, można też zaprogramować inny klawisz tak, by mieć osobno blokadę AF, osobno AEL! Tak, zgadzam się, ale w Leice ostrość ustawiamy ręcznie, zatem nie potrzebujemy korzystać z dodatkowego przycisku, a całość już po kilku próbach wydawała mi się być znacznie bardziej intuicyjna, niż w przypadku klasycznej, nowoczesnej lustrzanki cyfrowej.

Sinfonietta Cracovia feat. Xavier de Maistre

Tryb Live View

Wielu purystów bardzo negatywnie wypowiadało się o wprowadzeniu trybu podglądu z ekranu do aktualnych emek. Może on tworzyć z klasycznej Leiki popularnie zwanego bezlusterkowca (choć w gruncie rzeczy Leica w swojej konstrukcji nie ma lustra, to bezlusterkowcami nazywane są sprzęty bez mechanizmu lustra i z elektronicznym podglądem). Ma to swoje zalety, bo umożliwia łatwiej fotografować z kątów, kiedy nie jest nam wygodnie spoglądać do wizjera. Możemy też korzystać z elektronicznego wizjera dokupowanego osobno. Wydaje mi się, że mimo zalet, to jednak najsłabsze rozwiązanie całego systemu. Tryb Live View bardzo spowalnia aparat, a ostrzenie manualnych szkieł z poziomu ekranu nie jest tak wygodne, jak wskazywałby na to producent. Niby dostępny jest focus peaking, ale trzeba wytężyć wzrok, by go dostrzec. Oferowany jest także elektroniczny wizjer EVFII. Jego rozdzielczość pozostawia sporo do życzenia, a funkcjonalność rozbija się o wyżej opisany tryb Live View. Nie ma tragedii, ale ten element Leiki m-P jest moim zdaniem do poprawy.

Matryca

Z początku byłem dość sceptycznie nastawiony do jakości zdjęć z Leiki M-P, bo patrząc na pliki z poziomu ekranu, miałem podobne wrażenie, jak w przypadku M8. Czytałem jednak wcześniej wiele dobrego o matrycy zastosowanej w M 240, stąd postanowiłem dłużej się jej przyglądać. Okazało się, że zdjęcia z poziomu komputera wyglądają znacznie lepiej. Dodatkowo pliki DNG zapisują sporo informacji. Ciekawostka — bardzo bogate w dane są jasne elementy kadru, co w technologii cyfrowej nie jest częste. W cieniach jest chyba mniej informacji, niż np. w najnowszych matrycach Sony. Praca na wysokich czułościach nie jest zła, choć tutaj wspomniane przetworniki Sony wypadają lepiej. Leica ma jednak znacznie delikatniejszy obraz, który bardziej przypomina analogowe materiały. Gdybym miał jednoznacznie wybrać pomiędzy matrycą Sony A7 i Leica M, nie miałbym oczywistego werdyktu. Aparat Sony na 100% jest technicznie lepszy, ale zdjęcia z niego wyglądają często jakby były zbyt kontrastowe, zbyt klarowne. Leica podaje odrobinę bardziej płaski obraz, ale mam wrażenie, że dobre wywołanie RAWa pozwoli uzyskać więcej. Jest to jednak bardzo subiektywne odczucie, bo znam osoby które nie podzielają mojego zdania.

 

Obiektywy

Największą wartością posiadania aparatu Leica M-P jest możliwość stosowania dedykowanych obiektywów Leica M. Właściwie wszystkie produkowane w niemieckim Solms szkła to rękodzieła. Bardzo wyżyłowana kontrola jakości, najdoskonalsze materiały, niesamowita precyzja wykonania i spasowanie części powodują, że już sama obsługa manualnych obiektywów spod znaku czerwonej kropki powoduje ekscytację, a powstający z nich obraz jest właściwie skończony. Przy wywoływaniu dobrze naświetlonego pliku nie ma potrzeby głębszej ingerencji w zdjęcie. Tam, gdzie ma być ostro, jest żyleta, a przepiękny bokeh dostarcza obrazowi niezapomnianych walorów. Wszystko jednak kosztuje. Ceny ciemnych stałek zaczynają się tam, gdzie u Canona czy Nikona cennik się kończy.  A za Noctilux M 50mm f/0.95 zapłacić musimy aż 43 000 złotych.

Efekt zdjęciowy uzyskiwany jest z połączenia korpusu i obiektywu. Stąd trudno zmierzyć różnicę pomiędzy osławionym ostatnio Sony i Leicą. Pisałem już o tym w poprzednim akapicie, każdy odbiera subiektywnie to, co ogląda. Jestem jednak w stu procentach pewien, że szkła Leica dają systemowi M znacznie więcej, niż Zeissy systemowi Sony. Podczas testu, do dyspozycji miałem dwa obiektywy. Leica Summilux M 50mm f/1.4 oraz Leica Summilux M 24mm f/1.4. Ten pierwszy jest klasą samą w sobie. Przepiękne rozostrzenie, na ostrości można się skaleczyć oraz plastyka, którą można porównać jedynie z obrazkiem średnioformatowym. Dwudziestka czwórka z kolei wymaga odrobinę umiejętności. Wizjer M-ki pokrywa maksymalnie kadr 28mm , by widzieć pełną klatkę, trzeba korzystać z EVF lub specjalnego optycznego wizjera. Do dyspozycji miałem dedykowany wizjer elektroniczny, który mnie denerwował. Zwalniał pracę aparatu i zdjęcie wykonywane było z minimalnym, ale wyczuwalnym opóźnieniem, co zaprzecza idei systemu M. Najlepiej zatem było mi kadrować z wizjera, mając świadomość, że zdjęcie będzie większe, niż to, co widziałem kadrując. Jakość obrazu jednak przewyższa wszystkie obiektywy 24 mm, jakie miałem kiedykolwiek w rękach. Oba te obiektywy cechują bardzo niewielkie gabaryty, choć są to raczej spore konstrukcje, jeśli chodzi o szkła Leica M. Streetowcy wybierają często ciemniejsze szkła, ze względu na ich mniejszą wielkość i wagę.

Dla kogo?

To zdecydowanie w pełni profesjonalny system z bardzo niewielkimi niedociągnięciami. Dedykowany dla dokumentalistów, reporterów, streetowców czy nawet fotografów ślubnych. Dla wszystkich, którzy nie lubią, bądź nie mogą nosić opasłych, wielkich lustrzanek, a zależy im na najwyższej jakości obrazu. Wszędzie tam, gdzie potrzebujesz w miarę cichego sprzętu, Leica M-P sprawdzi się doskonale. Wbrew powszechnej opinii o przesunięciu wizjera w stosunku do obiektywu, sprzęt doskonale sprawdził się także w sytuacjach studyjnych, podając bardzo wysokiej jakości pliki źródłowe, porównywalne ze średnim formatem.

modelka: Justyna Broda

Dla kogo nie?

To przede wszystkim nie jest sprzęt dla fotografów sportowych. To także nie jest sprzęt dla snobów, którzy nie umieją się z nim obchodzić. Leica wymaga bardzo sprawnego fotografa, który jest zaznajomiony z systemem i jego sposobem działania. Zatem każdy, kto myśli, że kupując Leicę, będzie robił lepsze zdjęcia, jest w błędzie. Ona pomoże uzyskać legendarną plastykę obrazu, ale nie wybacza błędów i braku technicznej znajomości fotografowania. 
Miałem obawy, że będzie mi trudno tym sprzętem pracować, gdyż mam dość silny astygmatyzm i ostrzenie ręczne w przypadku klasycznych lustrzanek cyfrowych wychodzi mi 50/50 — czyli uda się albo się nie uda. Nigdy nie wiem, czy to już czy jeszcze nie… Wizjer pozwala jednak doostrzyć zdjęcie bardzo dokładnie, nawet osobie z podobnie kiepskim wzrokiem, jak mój.

modelka: Justyna Broda

Podsumowując

Leica M-P 240 to wspaniałe narzędzie profesjonalnej fotografii. Samo posiadanie jej powoduje, że częściej chcesz sięgać po aparat. Zachęca do noszenia go, do użycia… Na sto procent jednak cena tego sprzętu jest przeszacowana i ustalona na tak wysokim poziomie, że niewielu będzie na niego stać. To powoduje, że tylko lepiej zarabiający fotografowie będą mogli sobie na nią pozwolić, ale niestety mobilizuje snobów do kupowania go, jako mało użyteczny dla nich gadżet. Trudno jest ocenić taką politykę firmy. Kupując sprzęt jesteś kimś wyjątkowym, rozpakowując go, czujesz luksus. Gdy pracujesz, wszystko działa genialnie, ale czy bogaty amator zrozumie, za co zapłacił? Nie postuluję obniżenia cen, to reguluje rynek, niestety nie ten polski, a raczej niemiecki, japoński i amerykański. Polecam jednak gorąco to urządzenie profesjonalistom, ceniącym sobie wygodę użytkowania, niezawodność, oraz piękną plastykę zdjęć.

Zobacz więcej artykułów z serii: Testy bezlusterkowców

Podziel się:

Przeczytaj także:

Także w kategorii Testy:

Carl Zeiss Sonnar T* FE 55 mm f/1,8 ZA - test obiektywu Canon EOS 6D kontra 7D Mark II - który aparat powinienem wybrać? Canon Powershot G7X - jak sprawdzi się duża matryca w małym kompakcie? [test] Sony A5100 - mały na zewnątrz, wielki w środku [test] Fujifilm X100T, czyli jak z dobrego zrobić jeszcze lepsze [test] Fujifilm X100T - zdjęcia testowe z Budapesztu oraz naszego studia Panasonic Lumix GM5 – miniaturyzacja bez kompromisów [test] Canon EOS 7D Mark II - test funkcji wideo Ring flash w wersji light - test nakładki RoundFlash Canon EOS 7D Mark II - szybki, wytrzymały i bez konkurencji [test] iPhone 6 - świetny aparat ze sprytnie ukrytymi wadami [test] Olympus Stylus TOUGH TG-3 – trzecie życie twardziela [test] Fujifilm X30 - retro i premium jeszcze lepiej połączone [test] Panasonic Lumix LX100 - wszystko, czego potrzebujesz od aparatu kompaktowego [test] One by Wacom - jak sprawuje się tani tablet z Biedronki [pierwsze wrażenia] Nikon D750 - współczesna lustrzanka pełną klatką [test] Olympus PEN E-PL7 - godny kontynuator serii [test] Olympus M. Zuiko Digital 40-150 mm PRO - pierwsze wrażenia Sony A7S - postrach ciemności i mistrz kinematografii [test] Fujifilm X100T – 7 ważnych zmian, które mogliście przeoczyć Zeiss Otus 85mm f/1.4 - zdjęcia przykładowe Sony A5100 - pierwsze wrażenia i zdjęcia przykładowe Fujifilm X-T1 Graphite Silver. Czy ma coś więcej, niż nowy kolor obudowy? FujiFilm FinePix X30 - zdjęcia przykładowe

Popularne w tym tygodniu:

Huion Inspiroy Q11K - obiecujący, duży i niedrogi tablet z dalekiego wschodu [test] Voigtländer 21 mm f/4 Color Skopar P-Typ, czyli małe zaskoczenie [test] Voigtlander 10 mm f/5.6 Hyper Wide Heliar Aspherical - test spektakularnego hiperobiektywu Olympus TG-5 - wakacyjny test. Twardziel na sterydach: z filmami 4K i zapisem RAW SanDisk Extreme 510 Portable SSD 480 GB - test przenośnego dysku, który wytrzyma zalanie i upadki